|
piątek, 14 lipca 2006
Czarodziejka z księżyca rządzi
Miałem pisać o grach RPG, których nie lubię, ale przylgnęłaby do mnie etykietka wiecznego frustrata. Dlatego dziś napiszę, czym dla mnie jest Sailor Moon, i dlaczego kocham tę serię z głębi mojego różowego serduszka. Nigdy nie uważałem się za otaku, czy jakiegokolwiek mangofila. Z drugiej strony lubię oglądać anime, jednak z reguły nie zaryzykuję czasu na coś, co może okazać się niezrozumiałe. Albo świńskie. Dlatego opieram się na osądach moich znajomych, którzy niestety, często okazują się nienormalni, ale mimo to płytki z niektórymi serialami puszczają. :) Szczerze mówiąc, jeśli chodzi o anime, to polegam na naszej ukochanej telewizji - dzięki niej w sumie miałem możliwość obejrzenia Slayers czy Dragon Balla. No i oczywiście Sailor Moon. W sumie tę serię wspominam z sympatią, i nawet odświeżyłem sobie kilka odcinków ostatnio. Co ciekawe, nie epatuje to jakąś głupotą. Chyba manga kusi właśnie innym podejściem do odbiorcy niż to co niektórzy nazywają amerykańską papką, a inni po prostu zachodnią kulmasą. Czarodziejki miały bardzo wyraźnego odbiorcę - kilkunastoletnie dziewuszki, ale mimo to są oglądywalne zarówno przez ośmioletniego, jak i przez dwudziestoletniego chłopaka. Być może to dlatego, że mówią o sprawach tak bliskich jak miłość, dobro, i wzajemne traktowanie człowieka przez człowieka z ciepłem, szacunkiem i zrozumieniem... Oczywiście, pomagają też w tym nastolatki w seksi mundurkach i demonice z dużymi buforami.
czwartek, 15 czerwca 2006
Jak przeżyć w Lochach zagłady - część piętnasta.
ToME to fajna gra. Kombinacji rasa-klasa jest mnogo, i zapewne kiedyś wypróbuję je wszystkie. Tak. Łącznie z Deathmoldem złodziejem, którego jedynym sposobem podnoszenia przedmiotów jest używanie rasowej zdolności, Thunderlordem, czyli Jeźdcem Orła Gromu Manwego, który oczywiście jest Mindcrafterem telepatą i Entem bardem. Dziś grałem więc Yeekiem Hermit Sorcererem, wyznawcą Iluvatara. Yeek jest najsłabszą rasą w grze. Ma karę -5 do każdego atrybutu i ginie w zasadzie zawsze i wszędzie. Jednak... Ponieważ równowaga musi zostać zachowana, Yeek zdobywa poziomy szybciej nawet niż normalny człowiek. Wyznawca Iluvatara otrzymuje dostęp do potężnych wieszczeń, by użyć terminologii D&D, ale nie może używać ostrej broni. Hermit jest beznadziejnie słaby w walce, jednak otrzymuje nieco więcej mana na poziom. Zaś Sorcerer... To mistrz magii. Tam, gdzie inne klasy czarujące potrzebują oddzielnej umiejętności do czarów natury czy ognia lub wody - Sorcerer używa tylko jednej. Czyli jest równie dobry we wszystkich szkołach - a nic nie stoi na przeszkodzie by rozwijać dodatkowo np. szkołę mana i zwiększać obrażenia manathrusta. Oczywiście, każdy poziom w tej umiejętności zmniejsza jego ogólną liczbę punktów życia, no i może używać tylko jednej broni - laski maga, ma potworne kary do Siły itepe. Reasumując. Mamy maga, który ledwo umie czytać, nie podniesie nawet z podłogi miecza dwuręcznego. Ale - jeśli uda się zabić pierwszego potwora magią - ma do dyspozycji dwa miliardy punktów doświadczenia i dwa razy więcej energii. Innym czarującym combem jest Dark Elf Sorcerer, bo Ciemne Elfy (te Tolkienowskie, które nigdy nie ujrzały światła Zachodu, nie te pająkowate), mają wrodzoną premię do magii. Co lepsze, mają też wrodzoną umiejętność rzucania słabego czaru ofensywnego, który kosztuje - na wyższych poziomach - mniej energii, niż się dostaje na turę, co doskonale uzupełnia podstawowe ofensywne zaklęcie - Manathrust. Kolejną ciekawą rasą magiczną jest Deathmold. Czyli Złowroga kupa szlamu, nie mająca głowy, nóg, rąk, mogąca za to tylko się teleportować i ściągać do siebie przedmioty. Dziwne? Ale jest za to urodzonym (eeem... stworzonym z energii zła?) nekromantą. Strasznie trudno, ale inaczej się nim gra. Każda teleportacja powyżej limitu zużywa cenną manę. Ci, którzy nie lubią ustalonych list czarów i magicznych przedmiotów mogą zagrać Alchemikiem, Taumaturgiem czy Runotwórcą. Alchemik tworzy przedmioty z bezużytecznych dla innych Esencji, potrafi też wydłubywać rzeczone z istniejących przedmiotów. Runotwórca nie używa list czarów, komponując zaklęcia ze znalezionych runów. Taumaturg to mag chaosu - zaklęcia podobne do runicznych pojawiają się w jego umyśle kiedy zdobywa poziomy, jednak nigdy nie będzie mógł ich rozwinąć. Mag to wojownik-czarodziej. Nie ma specjalnych zdolności magicznych - ale nie ma też jakichś słabości. Dość dobrze radzi sobie w walce. Warper, Diviner i Nekromanta celują w odpowiednich szkołach magii, Geomanta to mag żywiołów, mogący jednak dowolnie czerpać z mocy terenu, na którym stoi. Robi wrażenie, co? A nie opisałem nawet kapłanów, mędrców, łotrów i wojowników. Dlatego uwielbiam ToME. Niby gra rougelike, zajmująca 10 mega, ze szczątkową grafiką... A ile możliwości... A ten lekko tolkienowski klimat... Nawet jeźdcy orłów są klimatyczni - choć to tak naprawdę Jeźdcy Smoków z Pern przeniesieni w świat Tolkiena.
piątek, 02 czerwca 2006
Moje ukochane gry RPG
Dobra. Co nieco już się przeżyło, trochę się pograło, trochę pomistrzowało. Czas na top tlen gier fabularnych w życiu mym. Deadlands - Gra ma najlepszy setting jaki widziałem, oferujący tony pomysłów na przygody. HoL, Deadlands Klasyczne, i na końcu Lost Colony, którą słabo znam. W tej kolejności. Niestety, mechanika DL nie jest najlepsza. Jest niewyważona, zabrania praktycznie graczom na osiąganie spektakularnych sukcesów, nawet jeśli ci wydają sztony. Klimat... Szczerze mówiąc, legendarny klimat mechaniki DL jest słabo wyczuwalny. Chyba tylko Kanciarze mogą pobawić się kartami. No, ale grałem raz w życiu... Więc mogę się mylić. D&D - Ma niezłe settingi. W jeden (Eberron), czy drugi (Dragonstar) chciałbym się pobawić. Mechanikę ma niezłą. Skomplikowaną... Dla MG. Całkiem prostą dla gracza. Akurat daje tyle pozorów strategiczności, żeby opłacało się kombinowanie, i daje wystarczająco miejsca na narrację. Gra zgrana, grywalna i zabawna. Swoją drogą, D&D uratowało chyba światowe RPG. Tak, mówię o trzeciej edycji. Nawet nie chodzi mi o postmodernizm... Zastanówcie się, jak często słyszycie teraz o wydaniu jakiejś gry nowej fali? O jakimś 24 stronicowym produkcie, który miał nawracać, uczyć i ewangelizować? Gry zapadały się w sobie, płodząc wynaturzenia w rodzaju SLA industries (gra duża, ale świat idiotyczny). Po D&D rynek zaczął faworyzować duże, grywalne projekty, dobrze opracowane i złożone. Fakt, zdarzają się perełki w rodzaju Sorcerera, ale generalnie Nowa Fala umarła, a jej niedobitki wróciły do mamy - Systemu Autorskiego. Na szczęście. Warhammer - Fajny świat. Wbrew pozorom, lubię Warhammera. To co się z nim w Polsce robi, to jest kult jednostki. Systemu. Dupa zresztą. Świat jest fajny, ciekawy i oryginalny. Zwłaszcza, jeśli się weźmie pod uwagę, że wyszedł w latach 80. Podobnie jest z mechaniką. Swoją drogą, mechanika nowego WFRP jest odświeżoną wersją starej, czyli IMO kompletnie nieprzydatną w XXI wieku :) . Innymi słowy, należało ją chyba napisać od nowa. Cyberpunk jest przykładem mechaniki, która nawet po latach jest grywalna. No, może z małą wadą - szansa na krytyczne pudło wynosi 10%. Ale o Cpunku nie mówimy. nie mam go na liście :) Wolsung No dobra, nie ma Wolsunga. Ale jakby był, to bym go lubił :) Nie tylko za mechanikę d20 (fatalny system magii swoją drogą, ale cicho sza :P), ale też za niezły świat. Hm. Wyszło trochę mało. Nie ma na liście ani Toona, ani Paranoi, ani większości znanych mi zabawnych systemów. Dziwne. Zwłaszcza jeśli wezmę pod uwaŋgę, że wielu uznaje mnie za humorystę. Znaczy, ci co mnie znają. :( Lubię gry uniwersalne. Tristat, Gurps, Fate i Fudge... Ale jeśli miałbym powiedzieć, jaki system chciałbym mieć na bezludnej wyspie... To chyba Tristat, ewentualnie BESM czy SAS. Wadę mają jedną - że nie da się grać zwykłymi ludźmi. Ale czy to źle? Teraz mnie olśniło. Nie opisuję gier, które lubię, a które uważam za dobre! Lubię generalnie wszystkie powyższe gry... Lubię Earthdawna i Shadowruna. Za świat, i za specyficzne smaczki, które tam są. Lubię Dzikie Pola, za to że kilku rzeczy się z nich nauczyłem. Z tej samej przyczyny lubię mój pierwszy system, jaki wybrałem dla jakości - Kryształy Czasu. Głupi byłem, nie? Lubię Maga. Za mechanikę. No i może za konfliktorodny świat... Który trudno wykorzystać. Ale, jak widać poniżej, mechanika Maga jest perełką, do wykorzystania w wielu konwencjach. Lubię FATE, kiedy chcę lajtowej gry. Lubię Gurpsa, kiedy chcę krwi i flaków. Lubię ELotH:TES RPG, w końcu sam ją napisałem :) Lubię Legendę Czterech Kręgów i Kangura, która jest sequelem Misjonaża. Lubię Monastyr, za kilka fajnych smaczków. Czego nie lubię? Z tym sprawa łatwa. Może później się wyelaboruję, ale generalnie: Neuroszimy, Wodziarskiego napuszenia, 7th sea, i MSH.
środa, 10 maja 2006
Fantazja - mechanika
Projekt Fantazja używa chyba mechaniki Maga:Wstąpienie, bo ze znanych mi, ta chyba najlepiej do tego się nadaje. Sfery jednak działają inaczej:
wtorek, 09 maja 2006
No Acidic Goo for Chassidic Jew
Ok. Wyobraźmy więc sobie świat, w którym czysta i niewinna wyobraźnie dziecka ma moc tworzenia. Wyobraźmy sobie Ziemię, gdzie dzieci władają... magią. Inspiracja to materia wyobrażeń, to natchnienie. Aby stworzyć wyobrażenie, niezbędne są jakieś inspiracje. Niektóre z dzieci potrafią magazynować je w materialnej postaci. Znaczna większość z nich radzi sobie czytając książki, oglądając filmy, czy po prostu - żyjąc. Zasady wyobraźni, mniej więcej ogólnikowe. Trzeba zastanowić się, co z nich wypływa.
piątek, 05 maja 2006
Wielkie jak melony piersi
Wbrew pozorom, dziś nie będzie o Dodzie. Korzystając z przerwy w nauce, zwanej popularnie 'nocą', miałem okazję nadrobić zaległości w komiksach. Głównie tych o Asterixie, w anglackim tłumaczeniu. Jest ono czasem lepsze, a czasem gorsze od naszego polskiego. Np. Panoramix nazywa się Getafix, co jest IMO niedosłowne (Panoramix to było wydawnictwo krzyżówkowe), a Get-a-fix samo się tłumaczy. :D Poza tym, muszę sobie w końcu kupić to 7th sea. Pewnie na urodziny. Chcę też mieć Puste króliki zagłady Rankina. Fajna rzeczy, muszę przeczytać. No i jest kilka książek, które chciałbym nadrobić. Ale to po sesji. Oficjalnie ogłaszam, że uczę się.
czwartek, 04 maja 2006
Silna Doda zdrowia doda.
Doda + Asterix = mieszanka wybuchowa. Doda, jak wiadomo to piękne ciało + IQ 232, czyli więcej niż Leonardo da Vinci, Mojżesz, i Tycho Brahe razem wzięci. Doda, to również rewelacyjny głos wywołujący natychmiastowe erekcje u większości mężczyzn i niektórych kobiet. Dlatego bardzo sie ucieszyłem, kiedy dowiedziałem się, że będzie ona podkładać (w zasadzie już się podłożyła) głos pięknej wikingówce o dźwięcznym imieniu Abba. Od Dody bardziej jednak cenię Asterixa. Asterix nauczył mnie czytać i żartować. Uwielbiam ten galijski humor, imiona w stylu "Marnypopis", "Palisos" czy "Ideaplus". Szkoda, że nigdy Asterix nie odwiedził kraju Wenedów. O komiksach, w ramach rozrachunku z dzieciństwem, będzie później. Teraz miałem pisać o filmach. Filmografia Jolki, Jolki, ciąg dalszyChętnie obejrzałbym Inwazję kobiet pszczół , ale nie mam chęci użerać się z jeszcze jednym debilizmem. Z drugiej jednak strony, było pełno takich filmów kiedyś. Gdzie te złote czasy, kiedy można było bezkarnie wykorzystywać kobiety w celach ukazywania golizny i bjustu? Nie pamiętam, jaki był film na który poszedłem do kina sam. Po raz pierwszy, bez mamy, taty czy klasy. Do kina chodzę regularnie zresztą - raz na dwa lata. Przeważnie jesienią, bo noce są smutne i ponure. Na pewno widziałem niejedną kreskówkę Disneya, i ogólnie dość dużo filmów dla dzieci. Pamiętam, że z bratem byłem na zbrodni przeciwko ludzkości, jaką był "Batman i Robin". Naprawdę, nie było tego dużo. Ostatnio też nie chodzę do kina, czasu brak i w ogóle.
środa, 03 maja 2006
Pokemony czy golizna?
Ile ja się w życiu głupich filmów naoglądałem. Niedługo kończę 21 lat, coraz bliżej jestem trumny, a w głowie mam olbrzymie obszary mózgowe zajęte przez bezużyteczne gówna. W zeszłym roku odkryłem MST3K. Genialny program polegający na dowcipnym komentowaniu straaaszliwie złych filmów. Wiele spośród widzianych przeze mnie produkcji zasługuje na umieszczenie w tym programie. Jak jeszcze byłem mały to widziałem Wojownicze Żółwie Ninja. Tę wersję z lat 80, potem, już u progu okresu dojrzewania byli Power Rangers. Czytając książki typu Robin Hood, przyswajałem sobie przemoc. Oczywiście potem przyszło anime, czyli DragonBall i kilka innych produkcji. Ale chodzi mi tutaj bardziej o filmy. Strasznie trudno mi zapamiętać szczegóły tych wszystkich filmów, jakie nasza ukochana TVP mi sprzedała. Pamiętam, że pierwszy film z aktorami jaki widziałem w kinie to oczywiście moje ulubione Teenage Mutant Ninja Turtles, ale część trzecia. Filmy te były zajebiste. Chętnie obejrzałbym je znowu. Potem do kina chodziłem głównie ze szkołą, albo na kreskówki. Zwykle ze szkołą, na kreskówki. Disneyowski Aladyn, czy "Król Lew"... Fajne było. Pamiętam też jakąś dziwną, chyba nawet duńską adaptację "Małej Syrenki". To było już z aktorami, nie mogłem zrozumieć o co tam chodziło. Lubię Disneyowską klasykę, i mam gdzieś, że jest niepoprawna politycznie. Z filmami SF zetknąłem sie dość późno, Gwiezdne Wojny w ogóle obejrzałem dopiero w liceum. Za to pamiętam jeden film Star Trek - choć Trekkiesem nie jestem. (W ogóle są w Polsce jacyś Trekkies?) Rzeczony traktował o zetknięciu się dzielnej gwiezdnej załogi ze statkiem V'ger, który okazał się być samoświadomą sondą Voyager. Naciągane, ale fajne. W ogóle, fantastykę przez dłuższy czas znałem z książek raczej. Filmów fantasy wtedy było jak na lekarstwo, a dobra fantastyka naukowa na ekranie w Polsce nie istniała - chociaż.... Pamiętam Mad Maxa 3. To był dobry film, z uwagi na przemoc. Ale zawsze wyłączam go, kiedy się zbliża w chuj optymistyczne i odczapowe zakończenie. Lubiłem filmy o komputerach i robotach. Robotów zawsze się bałem, jak byłem mały. Do dziś mam pewnego stracha przed nimi. TRON to kultowy film, "Gry Wojenne" ("jedyny sposób aby wygrać, to nie robić nic"), Podobnie obie części Terminatora. Jeszcze była "Klasa:1999", którą widziałem raz. Jak byłem mały. O północy. To był horror, gdzie jeden robot m.in. wywierca człowiekowy dziurę w mózgu. Słusznie się ich bałem. Dla równowagi miałem RoboCopa, który mimo wszystko był 1. cyborgiem, a 2. za mało charakterystyczny. Jakbym obejrzał wtedy Gwiezdne Wojny, to może bym polubił je dzięki srutututu i czyśpiłdziśco. Był - teraz całkiem chyba fajny - "Pan Kleks w kosmosie". Niezły film, szczerze mówiąc. Jakby z niego wywalić pana Kleksa, to by coś fajnego wyszło. Jedynym polskim SF, który widziałem, jest Seksmisja. Film kultowy bez dwóch zdań. Do kina na SF zacząłem chodzić jak miałem 11-12 lat. O tym dalej.
piątek, 02 grudnia 2005
Hokkahey
Ale fajno. Kupiłem książkę, byłem na targach, sobie poczytałem. Dobra literatura najlepszym przyjacielem Kulfona. Link do http://www.wizards.com/default.asp?x=dnd/iw/20041210b&page=1&pf=true
niedziela, 20 listopada 2005
Nie - moment!
Choruję. Źle się czuję, normalnie gorączki nie mam. Ale mi z nosa leci. Ogólnie penisiaście jest.
Linki z wikipedii do pracy:
http://en.wikipedia.org/wiki/United_States_federal_government
http://en.wikipedia.org/wiki/United_States_Federal_Executive_Departments
http://en.wikipedia.org/wiki/United_States_Cabinet
http://en.wikipedia.org/wiki/Independent_Agencies_of_the_United_States_Government
|